Kogo jeszcze „zdradzi” Ameryka? #FELIETON

  • 13.11.2021, 13:38
  • Wiktor Moszczyński - felieton ukazał się również w londyńskim Tygodniu Polskim 

Podziel się:

Oceń:

Kogo jeszcze „zdradzi” Ameryka? #FELIETON Photo by Scandinavian Backlash on Unsplash Kogo jeszcze „zdradzi” Ameryka? (Zdjęcie ilustracyjne)
Przyspieszona ewakuacja z Kabulu wojsk NATO i osób zagrożonych nagłym zwycięstwem Talibów, odbywała się w atmosferze wstydu i upokorzenia. Społeczeństwa zachodnie odczuwały, że osiągnięcia cywilizacyjne ostatnich 20 lat w Afganistanie, okupione tyloma ofiarami ludzkimi i materialnymi, zostały zmarnowane, i że zdradzono kiełkujące się państwo afgańskie ze swoimi zrębami demokracji i równouprawnienia kobiet.

Wyraźnie ten wstyd i upokorzenie czuli tu brytyjscy parlamentarzyści, a także media publiczne i społeczne.

A najbardziej czuli to wojskowi amerykańscy i brytyjscy, i ich rodziny, które straciły swoich najbliższych lub zostały permanentnie obarczone kalectwem ojca czy brata.

Myślę, że podświadomie czuli to też Polacy, przewrażliwieni na swoją własną historię, widząc w pierwszej zeszłorocznej umowie Trumpa z Talibami odpowiednik tajnej umowy zawartej w Teheranie, a w ostatecznym ciosie wymierzonym w plecy wolnego Afganistanu przez Bidena, już całkowitą zdradę jałtańską.

Poczucie wstydliwej przegranej wzmocniła świadomość, że wojna która została rozpoczęta jako akcja przeciw napadom terrorystycznym w Ameryce, zakończyła się niespodziewanym aktem terroru, który zabił niemal 200 osób, w tym 12 amerykańskich żołnierzy.

Amerykanie i ich sojusznicy stracili nie tylko 3500 żołnierzy w czasie tej wojny z Talibami i ich sojusznikami, ale w wyniku masowej kapitulacji sojuszniczych wojsk afgańskich, zostawili w rękach wrogów 85 mld dolarów sprzętu wojskowego, w tym 72 tys. ciężarówek wojskowych, niezliczoną ilość nowoczesnej broni palnej i 33 helikopterów typu Black Hawk.

 

Oryginalny powód inwazji był uzasadniony i wynik był skuteczny.

Pozbyto się Talibów z terenu Afganistanu, a razem z nimi te grupy terrorystyczne jak Al Kaida, które wykorzystywały anarchię w tym państwie, aby prowadzić ataki na Wielkiego Szatana, czyli Stany Zjednoczone.

Ale następny projekt, aby zjednoczyć regionalne szczepy w jedno scentralizowane państwo o obliczu demokratycznym z zabezpieczonymi prawami kobiet, był jednak za bardzo ambitny.

Wzory demokratyczne wprowadzone odgórnie w krajach pozbawionych tych tradycji i przywiązane do swoich szczepowych hierarchii, nie byłyby w stanie funkcjonować bez nepotyzmu i korupcji, która z czasem stawała coraz mniej znośna dla cierpiącej ludności wiejskiej.

Talibowie, chowający się w jarach sąsiedniego Pakistanu, mogli szybko wykorzystać niechęć mieszkańców.

Wprowadzenie demokratycznego i scentralizowanego państwa wymagałoby przynajmniej dwa pokolenia, a nie tylko dwie dekady.

 

Tym bardziej że w międzyczasie Ameryka zobowiązała się wprowadzić taki sam eksperyment z Irakiem.

Podatnik amerykański widział tylko bezterminową wojnę: toteż kolejno Obama, a potem Trump i w końcu Biden, zobowiązali się z tym eksperymentem państwowotwórczym zakończyć.

Szczególnie Trump chciał zabezpieczyć swój elektorat amerykański który narzekał na ciągłe „wojny na zawsze” w Afganistanie i w Iraku, ofiarowując mu wreszcie zejście z pola walki bez dalszego rozlewu krwi.

Od początku Trump chciał zerwać z zobowiązaniami Ameryki wobec sojuszników, jeżeli jego elektorat nie miał z nich bezpośrednich korzyści.

Był gotów popierać bezgranicznie Izrael by uzyskać poparcie potężnej lobby żydowskiej.

Natomiast jedyne lobby wewnętrzne w sprawie Afganistanu były osierocone rodziny wojskowych i znużeni podatnicy, kwestionujący koszty wiecznych wojen.

Trump zwalniał z kolei wojskowych i doradców, którzy nie mogli mu zaoferować konkretnego rozwiązania w Afganistanie, ani strategicznego zwycięstwa, ani strategicznego wyjścia.

Jego priorytetami były Ameryka Pierwsza, potem jeszcze Izrael, a potem długo, długo nikt, a na koniec niewdzięczni alianci europejscy i azjatyccy, którzy marudzili i nie dopłacali do kosztów ich obrony przez Amerykę.

W takim rozumowaniu, zbankrutowany rząd afgański, cieszący się poparciem tylko 5 proc. elektoratu i spenetrowany przez korupcję na każdym szczeblu, w ogóle się nie liczył.

 

W polityce zagranicznej Trump był oportunistą, a nie ideologiem.

Nie miał światowej wizji roli Stanów Zjednoczonych jako powszechnego obrońcy demokracji, wolnego rynku czy praw człowieka na świecie, którą posługiwali się jego poprzednicy, a szczególnie Reagan, Bush senior, Clinton czy Obama.

Trumpowi wystarczały cele bardziej przyziemne.

Chodziło mu nie o stały pokój, ale o święty spokój.

Nie rozumiał, że jeżeli Ameryka opuszcza teren i zostawia tam próżnię, ktoś inny, niekoniecznie sojusznik, Amerykę zastąpi.

Nie szanował sojuszników demokratycznych jak Merkel, Macron czy Theresa May, zmagających się z opornymi sceptycznymi elektoratami.

Czuł się lepiej w otoczeniu bezkompromisowych decydentów nie oglądających się za bardzo za prawami demokratycznymi, jak Putin, Netanyahu czy Mohammed bin Salman lub z kolei wpatrzeni bezkrytycznie w jego opatrzność, jak Andrzej Duda czy Boris Johnson.

Lecz ten niekonwencjonalny oportunizm dał Trumpowi możność innej, bardziej realistycznej, oceny dla groźby militarnej i handlowej ze strony imperialnych Chin.

Gotów był nawet wywołać wojnę celną z Chinami, oskarżając ich bezpośrednio o subsydiowanie swoich cen eksportowych

 

Biden po prostu kontynuuje Trumpa odejście Stanów od konfliktów na Bliskim Wschodzie.

Amerykanów nie ma już w Syrii, Jemenie, Somalii.

Trump zdradził poprzednio Kurdów syryjskich z którymi wcześniej pokonał Emirat Islamski.

W grudniu ostatnie wojska wyjdą z Iraku, o ile ten kraj nie powtórzy implozji Afganistanu.

Ameryka nie interweniuje w wojnach domowych w Etiopii, Południowym Sudanie, lub Mozambiku, Kongo, Nigerii czy Mali, mimo że w tych ostatnich zagraża islamski terror.

Usuwa pociski antyrakietowe z Kuwejtu, Jordanii i Arabii Saudyjskiej.

Coraz bardziej kontrolującą rolę mają tu Rosja i Iran, choć ten ostatni wciąż jeszcze jest przyciśnięty do muru w sprawie swojego programu nuklearnego.

 

Alianci i wrogowie Ameryki na całym świecie obserwują negocjacje supermocarstwa z Talibami już nie z poczucia siły, ale z zupełnego uzależnienia.

Amerykanie pokładają jednak wiarę, że Talibowie wypuszczą jeszcze dalszych sprzymierzeńców, będą eliminować grupy międzynarodowego terroru i nie będą podburzać porządek w sąsiadujących terenach jak Pakistan i Tadżykistan.

Ale po swoim wyjeździe we wtorek, Amerykanie nie będą mieli żadnej formy nacisku, nawet nie te 7 mld dolarów należących do Afganistanu, leżących w łożach Banku Ameryki.

Zależy która frakcja, umiarkowana Baradura, czy wręcz krwiożercza Haqqaniego, opanuje sytuację w Afganistanie.

Talibowie mogą w końcu egzystować z eksportu maków, a z resztę dopomogą im Chiny.

Biden nie przeprasza za tę klęskę w Afganistanie, bo uważa, że to było tylko skutkiem poprzedniej decyzji Trumpa, którą nie był w stanie zmienić.

 

Odejście miało być zorganizowane i bezkrwawe.

I to by się nawet Bidenowi udało, gdyby nie docenianie terminu wyjścia.

Jego administracja nie przewidziała, że jeżeli Amerykanie mogą dogadywać się z Talibami bezpośrednio, to tak samo każdy lokalny przywódca wojskowy w Afganistanie też może się z nimi dogadać, bez niepotrzebnego rozlewu krwi.

Dlatego Talibowie tak szybko opanowali niemal cały kraj, łącznie ze stolicą i zmusili wojska alianckie do organizowania swojego wyjazdu i ratowaniu swoich rodaków i podopiecznych w terminie dyktowanym już przez Talibów.

Zamiast wycofywać się w ładzie i spokoju, gdy Kabul był jeszcze w rękach rządu afgańskiego, Amerykanie i Brytyjczycy zwlekali do ostatniej chwili, nie licząc na nagłą implozję władzy.

Francuzi szybciej się zorientowali i wyprowadzili swoich podopiecznych w maju i czerwcu.

W końcu, aby dokonać gorączkową ewakuację swoich podopiecznych, przekazali ich osobiste dane Talibowi, chcąc  ułatwić dostęp tych uciekinierów na lotnisko.

 

Kto dotarł tam na czas, ten dotarł. Kto nie dotarł, pozostał wyliczony na liście wręczonej Talibanowi.

Był to jakby akt donosu. Pozostają w Afganistanie pod groźbą odwetu, a nawet może śmierci, od nowych władz.

Jest ich wiele tysięcy, a brytyjski minister przyznał, że nie wiadomo właściwie ilu ich jest.

I to było szczególnie upokarzające dla Ameryki i Wielkiej Brytanii.

Biden uważa, że USA będzie miała większe wyzwania niż walkę z terroryzmem islamskim i lokalnymi wojnami domowymi.

Priorytetem Bidena jest, na pierwszym miejscu, konfrontacja na wszystkich kontynentach z Chinami, a następnie, kolejno, ochrona Europy przed Rosją, walka z zagrożeniami w świecie cybernetyki i inicjowanie współpracy w walce ze zmianami klimatycznymi.

 

Przyjmując, że Chiny są największym wyzwaniem dla Stanów Zjednoczonych, jak wyglądają amerykańskie plany dla Europy?

Artykuł piąty paktu północno-atlantyckiego ciągle obowiązuje, i nawet w najczarniejszej godzinie, po ucieczce afgańskiego prezydenta, prezydent Biden podkreślił to zobowiązanie.

Ale zapowiedź zimnej wojny amerykańsko-chińskiej może z czasem zaabsorbować znaczne rezerwy militarne i dyplomatyczne Ameryki.

Obecnie Chiny i Rosja współpracują w formie tzw. „kompleksowe partnerstwo strategiczne na rzecz koordynacji na rzecz nowej ery”.

Zagrożona przez Rosję, Europa pozostaje militarnie uzależniona od amerykańskiej tarczy ochronnej.

Jest też jej największym partnerem handlowym.

W roku 2020 Unia Europejska importowała 195 mld euro z Ameryki (a eksportowała do USA 351 mld euro).

Lecz Unia jest jeszcze bardziej uzależniona handlowo od Chin, z których importuje aż 383 mld euro (przy mniejszym eksporcie zaledwie 202 mld euro).

Przy takim długu w bilansie handlowym, Europejczycy (poza Wielką Brytanią) nie będą wplątywali się w militarną konfrontację z Chinami, czy przyglądali się za bardzo naruszonym prawom mniejszości w Chinach, czy krępować się ich agresywnym nacjonalizmem.

 

Byle nie były naruszone prawa własności prywatnej w Chinach.

W wypadku groźby  wojny z Chinami, Ameryka, pozbawiona wsparcia Europy, nie będzie chciała prowadzić walkę na dwóch frontach, z Chinami i z Rosją.

Przy takim kryzysie, USA szukała by złagodzenia konfrontacji z Rosją i namawiała Europę do pogodzenia się z utratą niezależności Ukrainy i Białorusi.

Nie jest to okoliczność prawdopodobna, ale w momencie krytycznym mogłoby to nastąpić, że wszelkimi konsekwencjami dla przyszłego bezpieczeństwa Polski i jej sąsiadów.

Pamiętajmy też, że Trump pozostaje niezwyciężony i może jeszcze wrócić do władzy.

NATO mogłoby wówczas zostać rozwiązane.

Dlatego trzeba liczyć się z możliwością wzmocnienia własnych armii narodowych w Europie i stworzyć z nich militarnego ramienia dla Unii.

 

Polska powinna zbliżyć się bardziej do Szwecji i Finlandii z którymi dzieli podobne zagrożenia w bezpieczeństwie, niż tkwić w mało skutecznym sojuszu Trójmorza.

Broń nuklearną Francja już posiada i mogłaby jej potencjał wzmocnić dla całej Europy.

Niezależna militarnie samowystarczalna Europa mogłaby dalej być partnerem militarnym, lecz niezależnym, Stanów Zjednoczonych.

Nie znaczy to, że proponuję rozwiązania NATO i ich gwarancji obronnych.

Ale nie zaszkodzi zbudować w niedalekiej przyszłości, alternatywną strukturę mniej uzależnioną od potencjalnie niechętnego opiekuna poza oceanicznego.

Nie określiłbym koniecznie taką volte-face Ameryki jako „zdradę”, ale raczej jako poprzestawianie priorytetów na które Polska powinna być przygotowana.

Ale skutek byłby taki sam.

Wiktor Moszczyński - felieton ukazał się również w londyńskim Tygodniu Polskim 

Komentarze (0)

Dodanie komentarza oznacza akceptację regulaminu. Treści wulgarne, obraźliwe, naruszające regulamin będą usuwane.

Wysyłając komentarz akceptujesz regulamin serwisu WielkaBrytaniaOnline.co.uk , który jest administratorem twoich danych osobowych dla celów związanych z korzystaniem z serwisu. Zgodnie z art. 24 ust. 1 pkt 3 i 4 ustawy o ochronie danych osobowych, podanie danych jest dobrowolne, Użytkownikowi przysługuje prawo dostępu do treści swoich danych i ich poprawiania.

Pozostałe